8 kwietnia 2023, 5:09 Aktualizacja: 8 kwietnia 2023, 13:36. Autor: red. Źródło: PAP, Reuters, tvn24.pl. Sobota jest 409. dniem inwazji zbrojnej Rosji na Ukrainę. Rosjanie atakują cały front Wideo: Jak sprawdzić czyj to numer telefonu komórkowego ? 2023, Wrzesień 2023 Autor : Ian Gardner | [email protected] . Ostatnio zmodyfikowany: 2023-08-25 08:16 Polska w kluczowym programie [ANALIZA] Opozycja: Fundusz wsparcia nie naprawi szkód w zbrojeniówce. Projekt nie w porę. Budowa 300-tysięcznej armii jest możliwa – powiedział minister obrony Mariusz Błaszczak, który w piątek w Nowym Mieście nad Pilicą ogłosił decyzję o umieszczeniu tam dowództwa nowej dywizji. Polka odstąpi pokój Ukrainkom. "To nic wielkiego, prawie każdy ma rozkładaną kanapę". W sieci ogłasza się coraz więcej Polek i Polaków, którzy otwierają swoje mieszkania i domy, żeby dać schronienie uciekającym z Ukrainy. — Nie mam ogromnego domu, ale mogę oddać potrzebującym pokój czy dwa, karmić ich i zapewnić dach nad . Jedni zyskali nową rodzinę, inni przyjaciół. Jak żyje się pod jednym dachem z Ukraińcami? Ci, którzy przyjęli ich pod swój dach opowiadają o codziennym życiu z uchodźcami z Ukrainy. ZOBACZ WIĘCEJ NA KOLEJNYCH SLAJDACH! archiwum polskapressJedni zyskali nową rodzinę, inni przyjaciół. Jak żyje się pod jednym dachem z Ukraińcami? Ci, którzy przyjęli ich pod swój dach opowiadają o codziennym życiu z uchodźcami z Ukrainy. Ukraińcy u polskich rodzinMałgorzatę Grabarczyk wszyscy dobrze znają w Aleksandrowie Łódzkim. Jest przewodniczącą tamtejszej Rady Miejskiej. Od momentu wybuchu wojny na Ukrainie zaangażowała się w pomoc. W stronę ukraińskiej granicy ruszały z Aleksandrowa transporty humanitarne. Na przejście graniczne w Zasinie wysłano autokar. Miał przywieść stamtąd uchodźców. Były w nim 29-letnia Olga z 6-letnim synem Nikitą oraz jej mama Raisa. Dziewczyna była w ciąży. Za dwa tygodnie miała urodzić swoje drugie dziecko. - Zapamiętałam ich dobrze – wspomina Małgorzata Grabarczyk. - Olga z rodziną zamieszkała najpierw w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej Adamów. Nie było tam jednak odpowiednich warunków dla kobiety w ciąży. Nie dla niej było spanie na polowym łóżku..Jeszcze tego samego dnia przenieśliśmy ich do OSP w Bełdowie, gdzie były lepsze po przyjeździe pani Małgorzata zabrała Olgę do znajomej ginekolog. - Olga była trzy dni w podróży – dodaje Małgorzata Grabarczyk. - Trzeba było sprawdzić, czy nic nie dzieje się z ciążą. Lekarka zabrała ją na badania do „Salve”. Z ciążą wszystko było w jednak płakała i denerwowała się. Martwiła się co będzie, gdy zacznie rodzić na sali pełnej ludzi, czy zdąży pogotowie. Cały czas myślałam o Oldze – wspomina pani Małgorzata. - Zdawałam sobie sprawę, że sala w remizie nie jest odpowiednim miejscem dla kobiety w ciąży. I postanowiłam, że przyjmę pod swój dach Olgę i jej rodzinę. Musiałam wyekspediować z domu córkę, bo potrzebne były dwa przyjechała z Korostenia, miejscowości położonej o dwie godziny drogi od Kijowa. Pracowała jako nauczycielka angielskiego w gimnazjum. Jej mama Raisa pochodzi z obwodu czernobylskiego. Bliskość Czarnobyla sprawiła, że przeszła na wcześniejszą emeryturę. Na Ukrainie został mąż Olgi, ojciec i brat. - Wsiadły na granicy do autobusu i nie wiedziały, gdzie jadą – mówi Małgorzata Grabarczyk. - Usłyszały tylko, że będą bezpieczne...Urodziła się AniaDzięki Oldze Małgorzata Grabarczyk przeżyła niezapomniane chwile. W niedzielę, 20 marca, o czwartej nad ranem rozpoczęła się akcja porodowa. Ale Olga nie wszczęła alarmu. - Podziwiałam jej spokój – śmieje się dziś pani Małgorzata. - Pewnie duże znaczenie miało to, że rodziła drugie dziecko. Stwierdziła, że nie będzie mnie budziła o czwartej nad ranem. Sama też chciała jeszcze wypocząć, bo wiedziała, że czekają ją trudne chwile. Obudziła mnie o godzinie Zawiozłam ją do „Salve” Olga urodziła piękną córeczkę. Ważyła gram i mierzyła 56 centymetrów. Już wcześniej ustaliła z mężem, że będzie miała na imię Anna. Szczęśliwy tata zobaczył przez Internet swoją córeczkę. Po dwóch dniach Małgorzata przywiozła ją do swojego domu. - Dziewczyny przyjechały z dwoma torebkami, miały godzinę na spakowanie się – dodaje Małgorzata Grabarczyk. - A mój dom zapełnił się darami od mieszkańców Aleksandrowa! Dostały wszystko, czego potrzebowały!Małgorzata Grabarczyk zapewnia, że dziewczyny z Ukrainy okazały się bardzo miłe, nie było z nimi żadnych kłopotów. Tylko Raisa ciągle płakała. Martwiła się o syna, męża, zięcia, którzy zostali na Ukrainie. -Któregoś dnia zadzwonił syn – opowiada Małgorzata. - Powiedział, że jest na jakiejś wsi, siedzi w piwnicy i zabrakło jedzenia. Nie ma pieniędzy, by je kupić. Raisa zadzwoniła do męża i wysłała go z jedzeniem do syna...Horoskop miłosny na kwiecieńHoroskop miesięczny na kwiecieńJuż na swoimUkraińska rodzina nie chciała robić żadnego kłopotu. Gdy Małgorzata wracała do domu to chowali się w pokojach, by nie przeszkadzać. Kiedy rano szykowała się do pracy łazienka była zawsze wolna. Raisa była zawstydzona, że Małgorzata im wszystko kupuje. - Gdy ugotowała zupę to jadła ją przez pięć dni – opowiada Małgorzata. - Zostawiałam jej mniejsze garnki, by gotowała mniej...W końcu ustaliłyśmy, że ona będzie gotowała obiady od poniedziałku do piątku, a ja w gotowała barszczyk ukraiński, ale większość zup była bardzo delikatna. Na podstawie rosołu z dodatkiem kaszy, ryżu. - Gotowała to z myślą o córce, bo tak na Ukrainie jedzą kobiety w ciąży i karmiące – wyjaśnia Małgorzata Grabarczyk. - Raisa się dziwiła się, że w szpitalu jej córce podano ser, szynkę. Mój syn nie przepadał za takimi zupami, jakie przygotowywała Raisa, ale dzielnie wszystko zjadał...Małgorzata cały czas myślała, by rodzina się usamodzielniła. Bała się, że będą ciągle za wszystko przepraszać, będą się czuli skrępowali. Dzięki mieszkańcom Aleksandrowa udało się znaleźć małe, dwupokojowe mieszkanie w blokach. - Zgłosiła się dziewczyna, która chciał to mieszkanie wynajmować, ale postanowiła je udostępnić rodzinie z Ukrainy – dodaje Małgorzata. - W ubiegłym tygodniu się tam przyniosły. Przez najbliższe dwa miesiące mogą tam mieszkać bezpłatnie. Odwiedzam je codziennie, pomagam jak ma już Pesel, teraz Małgorzata chciałaby, aby Olga dostała 500 plus. Tłumaczy, że co miesiąc będzie dostawać 1000 złotych. - Myślę, że nie będę już potrzebować tych pieniędzy w następnym miesiącu, wojna się skończy i wrócimy na Ukrainę – odpowiedziała jej Olga. Jej mama Raisa też liczy, że szybko wróci do swojego domu. Mąż przez telefon mówi jej, że wojna potrwa niedługo się skończy.. Może za tydzień, dwa...Łodzianie na liście najbogatszych PolakówW Łodzi mieszkania drożeją najszybciej w Polsce! Ile za metr?Nowa rodzinaNa przyjęcie ukraińskiej rodziny zdecydowała się też Agata, nauczyciela w jednej z łódzkich szkół, która kilka lat temu wybudowała z mężem dom pod Łodzią. Mieszka w nim z mężem, dwoma córkami i 87-letnią babcią. Opowiada, że zaraz po wybuchu wojny zastanawiała się z mężem jak mogą pomóc. - Mąż kiedyś trenował piłkę wodną więc zapytał swojego trenera, który jest Ukraińcem czy nie potrzeba pomocy – wspomina Agata. - Z mężem pracuje wielu Ukraińców więc też ich o to pytał, Odpowiedź była taka sama. Ale w ciągu czterech dni sytuacja się zmieniła. Mieszkania potrzebowała dalsza rodzina Ukraińca pracującego z mężem. Przyjechali do Warszawy, odebrał ich kuzyn i przywiózł do nas...Agata wcześniej rozmawiała z córkami i babcią. Pytała się, czy zgodzą się, by zamieszkała u nich rodzina z Ukrainy. Nie mieli nic przeciw. Babcia nawet się oburzyła, że ją o to pytają. - Takie sytuacji ludziom zawsze trzeba pomóc! - odpowiedziała 87-letnia kobieta. Agata przyznała, że miała obawy przed przyjęciem ukraińskiej rodziny. - Najbardziej bałam się, że to co im zaoferujemy będzie niewystarczające – wyjaśnia. - Nie mamy osobnego wejścia, łazienki. Pokój udostępniła im nasza córeczka. Słyszałam, że niektóre ukraińskie rodziny są niezadowolone z tego co im się oferuje. Na szczęście my nie mieliśmy takiego problemu. Trafiliśmy na cudowne osoby!U Agaty zamieszkała Walentyna z 7-letnim synkiem Saszą i jej mama Anna. Pochodzą z Tarnopola. Mąż Anny nie żyje, a Walentyna jest po rozwodzie. Ona pracowała na taśmie w fabryce. Jej mama pomagała drugiej córce prowadzić gospodarstwo. Druga córka została na Ukrainie. Pewno to samo zrobiłaby Anna i Walentyna, ale zmusiła ich do tego sytuacja. - Sasza choruje na epilepsje – tłumaczy Agata. - Zapas leków mieli tylko na miesiąc. Walentyna bała się co będzie dalej. Dlatego postanowili wyjechać. Mama jej towarzyszy, by pomóc jej w opiece nas Saszą, gdy ona pójdzie do pracy...Wielki horoskop: miłość i rodzina, praca i zdrowieHoroskop runiczny. Oto moc i siła run wikingów!Babcia rządzi w kuchniAgata zapewnia, że to bardzo taktowni ludzie. Nie chcą robić kłopotu, czasem odnosi się wrażenie, że przepraszają, że żyją. Walentyna i Anna opowiadały, że Ukrainie spały w ubraniach, na siedząco, by w każdej chwili w razie alarmu zejść do piwnicy. Już w Polsce Sasza obchodził 7 urodziny. Był tort, życzenia, małe przyjęcie. Bardzo zaprzyjaźnił się z córkami Agaty. Walentyna znalazła pracę. Sasza chodzi do szkoły. Na Ukrainie uczył się w pierwszej klasie, tu ustalono, że zacznie od „zerówki”. - Anna z moją babcią rządzą w kuchni – śmieje się Agata. - Wspólnie jemy posiłki, wieczorem oglądamy wiadomości. Nasza rodzina się powiększyła. Jest gwarno, wesoło. Mąż rano odwozi dzieci do szkoły..Największym problemem było to, że po przyjeździe cała trójka się rozchorowała. Sasza miał blisko 39 stopni temperatury. Ale i z tym sobie poradzili. Walentyna, Anna i Sasza nie zostaną w Polsce. Jak się tylko wojna skończy wracają na wracać..Tak samo myśli Tatiana i Katerina. One mieszkają u polskiej rodziny, która ma dom w Nowosolnej. Mieszkały w Kijowie. Katerina jest bratową Tatiany. Na Ukrainie pracowała jako księgowa. Tatiana była szefową dużej firmy. Gdy wybuchła wojna, zaraz na początku, wsiadły w auto i pojechały w stronę granicy. Zabrały dzieci. Tatiana 14-letnią Olę, a Katerina – 8 -letniego Kiryła. Zamieszkali u Jarka i jego żony Wioli. - Znajomi powiedzieli, że jest ukraińska rodzina, która nie ma gdzie mieszkać – tłumaczą. - Nie zastanawialiśmy się nawet chwilę..Tamara jest w tej szczęśliwej sytuacji, że jej firma istnieje. Pracuje więc zdalnie. Krirył i Ola też nie poszły do szkoły. Łączą się internetowo na lekcje. - Układa nam się dobrze – twierdzi Jarek. - Dostali swój pokój. Mają do dyspozycji kuchnię. Gotują dla siebie, czasem nas poczęstują. Podjęły się, że będą sprzątać dom. Nie zgodziliśmy się, ale uparły się...Jarek i Viola mówią, że ukraińska rodzina może u nich mieszkać ile chce. Pewnie do końca wojny...Klimat Limanowskiego, Abramowskiego, WłókienniczejDawny handel po łódzkuPies może jeść czereśnie? Sprawdź, co może jeść twój piesJak rozpoznać, że Twój pies Cię kocha?Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Moja historia wcale nie jest taka znów nadzwyczajna. Wiem, że niektórzy faceci mają kochanki i dzieci z tych związków. Ale choć ja mam żonę i córkę w jednym związku, a także ukochaną kobietę i syna w drugim – nieformalnym, to nie mogę myśleć o sobie jako o tym, który „zdradza żonę z kochanką”. W moim wypadku sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ… kocham je obie. Nie tylko obie kobiety: Annę i Irinę. Również obie rodziny, które z nimi tworzę. Moja 8-letnia córeczka Wiktoria jest mi nie mniej bliska niż niespełna dwuletni Kola. Spotkałem ją na imprezie firmowej Jak to się wszystko zaczęło? I kiedy? Trudno powiedzieć, bo impulsem, który popchnął mnie w ramiona Iriny, nie było oziębienie uczuć, ale – paradoksalnie – straszna tęsknota za żoną. Najpierw to była tylko fizyczna fascynacja. Nie mogę zaprzeczyć – fakt, że z żoną widywałem się tak rzadko i w związku z tym byłem po prostu seksualnie wygłodzony, nie był bez znaczenia. Lecz potem odkryłem w Irinie wspaniałą towarzyszkę życia – prawdziwego przyjaciela, po prostu dobrego człowieka. I tak od czterech lat moje życie upływa na kursowaniu pomiędzy Kijowem a Warszawą, gdzie mieści się centrala mojej firmy. Obowiązki służbowe często zmuszają mnie do pozostania na Ukrainie nawet kilka miesięcy. Potem na jakiś czas wracam do Polski. Pierwszy rok był bardzo trudny, nie potrafiłem przyzwyczaić się do długiej rozłąki z żoną. Ona nie mogła do mnie przyjeżdżać, bo raz, że pracuje, dwa – nasza córeczka była wtedy już w przedszkolu. Anna odwiedzała mnie więc w Kijowie rzadko. Drugi rok był już znacznie łatwiejszy, poznałem wiele osób z firmy. Z kilkoma nawet się zaprzyjaźniłem. Irinę spotkałem na imprezie firmowej. Było głośno, tłoczno i wesoło. W pewnym momencie zderzyłem się z niosącą stertę kanapek Sonią, naszą tłumaczką. Pomagała jej jakaś wysoka, młoda kobieta. – Nic nie szkodzi, nie szkodzi – śmiała się Sonia, kiedy, przepraszając, pomagałem im zbierać kanapki. – Musisz poznać Piotra – zwróciła się do dziewczyny. – A to Irina – powiedziała, obracając się do mnie. – Będzie mnie zastępować przez trzy tygodnie, bo idę na urlop. Irina ma polskie korzenie i uwielbia fotografię – dodała z uśmiechem, bo wszyscy w firmie wiedzieli, że fotografia to moja pasja. – Bardzo mi miło – bąknąłem pod nosem, ściskając podaną mi drobną dłoń. Na moment nasze spojrzenia się spotkały i poczułem, jak krew uderza mi do głowy. Była taka piękna! Naturalne blond włosy i błękitne jak niebo oczy... Trzy tygodnie szybko minęły… Spotykaliśmy się codziennie. Irina jest tłumaczem języka polskiego i angielskiego. Do czasu zastępstwa za Sonię zajmowała się dorywczo tłumaczeniem, na stałe pracując jako nauczycielka angielskiego w szkole. Któregoś dnia po pracy, gdy wracałem metrem do mojego służbowego mieszkania, zobaczyłem, że jedziemy w tym samym przedziale. Wysiadła na mojej stacji. Szła przede mną, niosąc dwie ciężkie torby z zakupami. Dogoniłem ją i zaproponowałem, że poniosę jej siatki. – Ojej, wy, Polacy jesteście tacy szarmanccy, dziękuję – powiedziała z uśmiechem i nawet się zaczerwieniła. – A co to za kłopot? – odparlem. – Mieszkasz tutaj? Od razu znaleźliśmy nić porozumienia Kiedy mi podała adres, okazało się, że mieszkamy w blokach naprzeciwko. Wniosłem jej zakupy do domu. Zaprosiła mnie na herbatę. Tak nam się dobrze rozmawiało, że zostałem na obiad, a właściwie kolację. Pożegnaliśmy się chyba dopiero przed północą. – Przepraszam, że tak się zasiedziałem – tłumaczyłem się niezdarnie. – Następnym razem to ja zapraszam na obiad. Jeżeli nie masz żadnych planów, nawet w tę sobotę. Podobno świetny ze mnie kucharz! – przechwalałem się, trochę nadrabiając miną. Irina nie miała żadnych planów. Okazało się, że jest rozwiedziona, zajmuje się głównie pracą, prowadzi samotne życie. Sobotni obiad też przeciągnął się do późnych godzin wieczornych. Było tak, jakbym znów miał 16 lat i umówił się na randkę z piękną koleżanką z klasy. Gadaliśmy o naszych pasjach (ani słowa o firmie i pracy!). Oboje pasjonujemy się fotografią, to już wiedziałem. Okazało się też, że lubimy podobne filmy i muzykę. Zanim poszła na studia językowe, kilka lat uczyła się w szkole muzycznej. – Uwielbiam Chopina – powiedziała. – Kiedy słucham jego muzyki, często płaczę. Bardzo mnie wzrusza. Ostatnie dwa lata niewiele wychodzę z domu – zaczęła się zwierzać. – Po rozwodzie długo dochodziłam do siebie. Kiedyś prowadziłam bardziej towarzyskie życie: koncerty, kino, teatr. Teraz właściwie w wolnym czasie ograniczam się do fotografowania. To mnie odpręża. Wyjeżdżam wcześnie rano poza miasto i robię zdjęcia małych wioseczek, cerkwi. – To może wybierzemy się kiedyś razem za miasto porobić zdjęcia? Pokażesz mi te swoje magiczne miejsca! – zaproponowałem. – Jasne. Kiedy? – zapytała. – Ot, chociażby jutro – powiedziałem i umówiliśmy się. Rano wyjechaliśmy moim autem. Gdy dotarliśmy na miejsce, zagrzmiało i rozpętała się burza. – No to po zdjęciach! – powiedziałem rozczarowany. Cóż było robić? Wróciliśmy do miasta. Na osłodę poszliśmy na obiad do miłej restauracji. Po burzy szybko się rozpogodziło, a że był piękny lipcowy wieczór, zostaliśmy na mieście do późna. Odwiedziliśmy klub jazzowy. Grali obłędnie, zamarudziliśmy tam do północy. Nie wróciłem do mojego mieszkania. Tamtą noc spędziłem u Iriny. Tak to się zaczęło. Początkowo miało być tylko przygodą. Ona w żadnym razie nie zamierzała rozbijać mojej rodziny, lecz była bardzo samotna. Ja się w ogóle nie zastanawiałem. Wydawało mi się, że nikomu to nie zaszkodzi. Ani przez chwilę nie pomyślałem, że mógłbym zostawić żonę. Jednak stawaliśmy się sobie coraz bliżsi. Czasem tak dobrze mi było z Iriną, że zacząłem się zastanawiać nad rozwodem z Anną – strasznie się czułem, okłamując ją. Lecz kiedy wracałem do Polski, za każdym razem uświadamiałem sobie, że moja rodzina w Warszawie jest mi niezbędna. Nie mógłbym się ich wyrzec. I nie zniósłbym, gdyby one wyrzekły się mnie... Choć z Anną byliśmy już 10 lat razem, nadal bardzo mnie pociągała. Bałem się, że żona wyczyta w mojej twarzy, że coś przed nią ukrywam. Ale ona była po prostu szczęśliwa, że już ma mnie w domu. Postanawiałem wtedy, że z Iriną koniec. Lecz gdy wracałem do Kijowa i próbowałem zerwać, okazywało się, że to mnie przerasta. Spotykaliśmy się co wieczór – u niej albo u mnie. Irina nie pracowała już w naszej firmie, wróciła do szkoły. I tak to trwało jakiś czas, aż przed trzema laty nastał 6 grudnia. Były właśnie mikołajki. Obchodziliśmy je w firmie polskim zwyczajem, obdarowując się upominkami. Kiedy spotkaliśmy się na kolacji, zobaczyłem, że Irina jest blada. Głos jej drżał. – Muszę ci coś powiedzieć, Piotr – zaczęła niepewnie. – Słucham cię, kochana moja – uśmiechnąłem się do niej. – Mam dla ciebie niespodziankę – zaczęła niepewnie. – A właściwie to niespodzianka dla nas obojga, chociaż wcale nie wiem, czy ci się spodoba… Poczułem lekki niepokój. O co jej może chodzić? Chce zerwać? Widziałem, że zbiera siły. I nagle wyrzuciła z siebie: – Jestem w ciąży. Zanim zdołałem cokolwiek z siebie wydusić, dodała: – I mówię to od razu: nawet jeśli mnie zostawisz, i tak urodzę to dziecko. Zapadła cisza. Siedziałem na kanapie jak osłupiały. – Przecież brałaś pigułkę… – Tak, ale miałam dolegliwości żołądkowe. Wymiotowałam. Widocznie któraś dawka pigułki nie wchłonęła się w całości. Tak mi tłumaczył lekarz, u którego byłam. Nie zamierzałam cię oszukać, Piotr, ani złapać na dziecko. Wierz mi, proszę. – Nie zostawię cię – powiedziałem i dotrzymałem słowa. Kiedy rodził się nasz synek, byłem przy porodzie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jakim cudem są narodziny, i żałowałem, że 8 lat wcześniej nie mogłem być przy Annie, kiedy rodziła się nasza córeczka. Resztki wątpliwości, jakie miałem przed narodzinami Koli (nazwaliśmy go Nikołaj, czyli Mikołaj – od pamiętnych mikołajek), rozwiały się, kiedy położna dała mi go do potrzymania. Wtedy postanowiłem sobie, że nigdy go nie zawiodę. I że… nie zawiodę też mojej córki ani żony. W tamtym momencie mojego życia wydało mi się, że musi być na to jakiś sposób. Nie unieszczęśliwić nikogo z tych czworga najbliższych mi ludzi: Anny, Wiktorii, Iriny i Koli. Będę bardzo dbać o moje obie rodziny Zastanawiam się, czy całkowita szczerość zawsze jest najlepszym wyjściem. Gdybym o wszystkim powiedział Annie, bardzo by cierpiała. Irina zgadza się na taki układ. Wie, że ona i Kola będą mnie widywać przez kilka miesięcy w roku. Powiedziała, że nie zamierza kontaktować się z moją rodziną w Polsce. Wiem, że i Anna, i Irina bardzo mnie kochają. Ja też je kocham. Jestem odpowiedzialny za szczęście obojga dzieci, za ich wychowanie. Jednak bardzo boję się konfrontacji, bo wiem, że nic dobrego by z tego nie wynikło. W chwilach kryzysu myślę sobie, że dużo gorzej jest ludziom w rodzinach, w których występuje przemoc czy alkohol, w których brakuje miłości. Moim obu rodzinom miłości nie brakuje. Piotr, 35 lat Czytaj także: „Moja siostra straciła ciążę. Nie doszłoby do tego, gdyby mąż pomógł jej na czas” „Prawie zdradziłem żonę, ale to jej wina. Po porodzie przestała o siebie dbać, ciągle spała i straciła na mnie ochotę” „Po 2 latach starań o dziecko mój brat usłyszał wyrok... Był bezpłodny. Żona go zostawiła, bo uznała, że jest bezużyteczny” Uchodźca ma być słaby, nieporadny, zagubiony i pozbawiony sprawczości – wtedy chcemy wyciągnąć do niego rękę. Ma sobie nie radzić, potrzebować naszej pomocy, a wisienką na torcie jest wdzięczność. W takim ustawieniu to pomagający decyduje, wie lepiej, jest na pozycji uprzywilejowanej. Ten, któremu się pomaga, musi się dostosować, jest w pułapce, w której „obklejają” go oczekiwania. O tym, dlaczego tak ochoczo pomagamy matkom z dziećmi, czy naprawdę singielki w czasie wojny mają gorzej i co zobaczymy w lustrze, gdy przyjrzymy się temu, jak pomagamy, porozmawiałam z dr Martą Pietrusińską – doktorem nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki i socjolożką z Uniwersytetu Warszawskiego. Alicja Cembrowska: Od jakiegoś czasu w mediach pojawiają się dość szumne nagłówki, że bezdzietne singielki są najszczęśliwszą grupą społeczną. Wniosek pochodzi z badań doktora Paula Dolana z London School of Economics. Faktycznie kobietom bywa lepiej bez dzieci i męża? Dr Marta Pietrusińska: To zależy oczywiście od kultury, o której mówimy, chociaż rzeczywiście jest tak, że od kilku, nawet już od 10 lat, widzimy pewne przemiany, w tym jak są tworzone lub właśnie jak nie są tworzone rodziny. W Polsce te przemiany zachodzą trochę później, ale można zauważyć, że kobiety coraz częściej wybierają bycie singielką, chociaż nie powiedziałabym, że jest to w 100 procentach ich wybór, bo wynika z trzech podstawowych powodów. Zamieniam się w słuch, co to za powody. Po pierwsze w ostatnich czasach mówimy o kryzysie męskości i on jest dość widoczny. Jednym z takich powodów rezygnacji z wejścia w związek jest to, że kobiety, również w Polsce, są coraz częściej lepiej wykształcone niż mężczyźni i już coraz częściej lepiej od nich zarabiają, a dodatkowo pełnią wiele ról społecznych. Zaburza to konserwatywne podejście, że tradycyjną rolą mężczyzny jest utrzymanie rodziny. Dla niektórych to, że kobieta zarabia lepiej, jest problemem – tutaj mam na myśli głównie klasę średnią i wyższą, chociaż zdarza się też, że w klasie ludowej również jest tak, że to kobiety lepiej radzą sobie finansowo. I to rzeczywiście dość utrudnia bycie w związkach. Mężczyźni cały czas nie są jeszcze nauczeni partnerstwa. Co ciekawe, badania pokazują, że kobiety szybciej się usamodzielniają, szybciej opuszczają domy rodzinne i to jest bardzo znaczący aspekt, bo mężczyzn, którzy do trzydziestki czy nawet czterdziestki mieszkają z rodzicami i zajmują się nimi matki, kobiety raczej nie wybierają. Nie chcą być w „trudnym związku”, gdy one są niezależne, a mężczyźni dopiero do tego dojrzewają. A drugi powód? Druga sprawa to oczywiście znowu jest pewnego rodzaju wybór, ale też nie tak zupełnie, bo jest on podyktowany mocnymi czynnikami zewnętrznymi – po prostu coraz trudniej jest mieć dzieci, ale i ta przemiana ma dwa aspekty. Jeden jest pozytywny, czyli zaczynamy mówić wprost, że macierzyństwo nie definiuje kobiety. Rzeczywiście w Polsce to cały czas kwestia bardzo dyskutowana i mocno w nas siedzi, że macierzyństwo definiuje kobiecość. Gdy kobiety nie mają dzieci, są wprost pytane, dlaczego i bywa, że nie są uznawane za pełnowartościowe osoby. Na szczęście i tutaj widać pewne przemiany i małymi kroczkami odwracamy tę narrację. Każdy powinien móc otwarcie przyznać, że nie ma dzieci, bo nie potrzebuje ich do szczęścia, bo woli wybrać karierę, nie czuje, że chce być rodzicem. Kolejna rzecz – tutaj dochodzę do tej negatywnej strony tych przemian. Polskie kobiety boją się mieć dzieci. Mają za to bardzo dużo powodów do tego strachu. Sprawa z tak zwanym Trybunałem Konstytucyjnym z 2020 roku i wyrok dotyczący aborcji sprawiły, że dzieci rodzi się mniej. I to wynika z danych, widać w statystykach, że z roku na rok w Polsce jest coraz mniej urodzeń. Nie jest to jedynie efekt restrykcyjnego prawa aborcyjnego, ale też braku zabezpieczenia społecznego – nadal jest tak, że nie ma żłobków, dostęp do przedszkoli jest ograniczony, a kobieta, która zachodzi w ciążę, ma później trudniej na rynku pracy. Dlatego część kobiet świadomie podejmuje decyzję o życiu singielki, a część nie może znaleźć odpowiedniego partnera. Pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc Czyli to nie jest tak, że singielki żyją jak pączki w maśle i niczym się nie przejmują – wszak omijają je problemy związkowe i związane z dziećmi? Myślę, że badania, które określają je najszczęśliwszymi, jednak zawierają w sobie to, że ta grupa jest odciążona od trudów bycia matką, bo powiedzmy to wprost – to bardzo trudna rola społeczna i o tym też się coraz więcej mówi. Bycie w związku, tym bardziej w czasach kryzysu męskości, to też wcale nie jest taka prosta sprawa. Bo jak dogadać się z kimś, kto został wychowany, że jako mężczyzna musi zarabiać więcej, utrzymywać dom i niejako „zarządzać” życiem rodzinnym? Jeżeli będziemy badać osoby, które są w takich związkach, mają dzieci i porównamy je do singielek, to wyniki nie są zadziwiające, ale to też nie oznacza, że te kobiety są ot tak szczęśliwe. Bycie singielką nie zawsze jest wyborem, nieraz to „ucieczka do przodu”, czyli podejmuję decyzję o przyszłości na postawie warunków, które mam teraz. Ciekawa natomiast jestem, jak rozkłada się to w związkach nieheteronormatywnych – mam podejrzenia, że zauważylibyśmy tam odwrotny trend. Prawdopodobnie więcej kobiet decyduje się wchodzić i mówić o swoich związkach z drugą kobietą i przez to zmniejsza się liczba singielek, bo jest większa zgoda społeczna na bycie w takiej relacji. Prawda też jest taka, że kiedyś kobieta musiała mieć rodzinę – zapewniało jej to przetrwanie, a nawet przeżycie. Teraz radzimy sobie bez męża i dzieci. Byłabym ostrożna z taką tezą – w sensie ekonomicznym to jak najbardziej kobieta teraz nie potrzebuje mężczyzny, który będzie ją utrzymywał, ale tak już było w latach 50. i 60. Tak naprawdę od czasu II wojny światowej, gdy mężczyźni poszli na front, a kobiety weszły do fabryk i zaczęły pracować, obserwujemy te przemiany. Oczywiście teraz jesteśmy dużo, dużo dalej – skupię się na Polsce, bo jednak na świecie jest z tym różnie, ale w naszym kraju widać, że coraz więcej kobiet ma wyższe wykształcenie, a mimo to i tak dalej nie zarabiają lepiej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Nie zmienia to faktu, że kobieta może sobie pozwolić na singielstwo – w dużych miastach nie jest to problemem, trochę gorzej wygląda to w mniejszych miejscowościach – tam nadal rozbrzmiewają głośne pytania o męża i dzieci, o to, kiedy kobieta wywiąże się ze swojej roli społecznej. Dlatego podzieliłabym singielki na te, które rzeczywiście wybierają taki styl życia, i na te, które są do niego zmuszone. Kilka miesięcy temu tysiące singielek za naszą wschodnią granicą obudziło się w kraju objętym wojną. W „Wysokich Obcasach” pojawił się niedawno artykuł z mocną tezą: singielki w czasie wojny mają trudniej. Mają? Jeżeli mówimy o ukraińskich singielkach, to trzeba zacząć od przemian, o których przed chwilą rozmawiałyśmy – w Ukrainie postępują one jeszcze wolniej niż u nas. Wydaje mi się jednak, że kobiety w czasie wojny, nieważne czy są singielkami, czy są mężatkami, mają tendencje do siostrzeństwa i to jest coś, co się dzieje, niezależnie od ich statusu. I to również pojawiło się w tym artykule – że dwie singielki zamieszkały razem i się wspierały. Z drugiej strony można powiedzieć, że skoro nie ma się partnera, to nie trzeba się martwić, że on na przykład zginie na wojnie czy zostanie wzięty do wojska, ale przecież singielki mają ojców, braci, przyjaciół… Dlatego uważam, że tutaj nie ma różnicy. Ale i tak są osoby, którym pomagamy chętniej… Tak jest i tutaj trzeba to powiedzieć – najbardziej ujmującą za serce osobą, której będziemy chcieli pomagać, jest matka z małym dzieckiem. Na samym początku wojny, kiedy już zaczęli przyjeżdżać na granice pierwsi ludzie, były robione listy, kto i kogo może przyjąć – najczęściej wskazywano na kobiety z dziećmi, a nie singielki czy osoby starsze. Może właśnie tak naprawdę najbardziej chcemy pomagać po prostu dzieciom, a że są one z matkami, to i one się załapują? Podobnie jest, gdy chodzi w ogóle o pomoc humanitarną – tutaj też od razu zaczynają działać stereotypy i najpierw pomoc dostaną matki z dziećmi, potem osoby starsze, następnie kobiety i dopiero mężczyźni. Ale to znowu ma dodatkowy wymiar, bo jednak łatwiej jest uciekać samemu niż z dziećmi. Ja na przykład przyjęłam do swojego domu singielkę, która przyjechała do Polski z siostrą i jej synem. Siostra jest obecnie w Niemczech, nadal nie może znaleźć pracy i musiała wybrać miejsce, kierując się szkołą dziecka. Z kolei singielka bez problemu w kilka tygodni znalazła pracę w Danii. W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą, a jednak singielki kojarzone są z paniami z dużych miast, które odnoszą sukcesy i są niezależne. To nie pasuje do obrazu uchodźczyni, my chcemy bezradną osobę, którą my – jako wybawiciele – się zaopiekujemy. Myśli pani, że to jest kwestia samego dziecka czy raczej relacji matka-dziecko, którą gloryfikujemy, mówimy, że to najważniejsza relacja w naszym życiu? Głównie chodzi o dziecko, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest takie określenie „małoletni bez opieki”, czyli takie dziecko, które jest uchodźcą bez opiekunów prawnych, ucieka samo. Rzadziej się o nich mówi, dominuje raczej przedstawienie matki z dzieckiem. I jest to związane z wiarą katolicką. Analizowałam kiedyś książki dla dzieci i to, w jaki sposób się prezentuje ten temat – tak, były tam ilustracje nawiązujące do Matki Boskiej z Jezusem. Mamy w polskiej świadomości poczucie, że matka z dzieckiem to ktoś, kto potrzebuje pomocy. Ta figura jest bardzo mocno sklejona i ciężko to rozdzielić – trudno określić, komu wtedy tak naprawdę pomagamy. Matce czy dziecku? W tym aspekcie młodym singielkom trudniej uzyskać pomoc, ale i tak „mają lepiej” w zestawieniu z jeszcze inną grupą – samotnymi kobietami po 60., 70. czy 80. roku życia. W przestrzeni zakupowej HelloZdrowie znajdziesz produkty polecane przez naszą redakcję: Zdrowie intymne i seks, Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z dobrym seksem, 30 saszetek 139,00 zł Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw suplementów, 30 saszetek 99,00 zł Zdrowie umysłu, Odporność, Good Aging, Energia, Beauty Wimin Zestaw z głębokim skupieniem, 30 saszetek 139,00 zł Zdrowie umysłu Deep Focus from Plants 60 kaps. wegański 45,00 zł 90,00 zł Odporność, Good Aging, Energia, Trawienie, Beauty Wimin Zestaw z lepszym metabolizmem, 30 saszetek 139,00 zł W polskiej narracji uchodźcami muszą być osoby niesamodzielne, które sobie nie radzą. Najchętniej pomagamy dzieciom, ale matka jest nieodłączną częścią tego obrazu. Jest to związane z wiarą katolicką Nie da się jednak pominąć masowego zrywu. Polacy ruszyli do pomagania. Dlaczego tak chętnie wyciągnęliśmy rękę do Ukraińców? Daleka jestem od myślenia, że ludzie są po prostu altruistyczni. To, co się wydarzyło, w dużej mierze było reakcją na stres, próbą odzyskania sprawczości. To jest takie trochę myślenie magiczne: jeżeli ja teraz komuś pomogę, to jak przyjdzie wojna do Polski, to i mi ktoś pomoże. To „wybieranie”, komu pomagam, a komu nie, było widoczne w pierwszych dniach wojny. Wartościowanie, kto ma lepiej, kto ma gorzej, przypomniało mi sytuację pandemiczną, gdy wszyscy musieliśmy siedzieć w domach… Robiłam na ten temat projekt badawczy z koleżankami z uczelni. Zapytałyśmy kobiety z Uniwersytetu Warszawskiego – pracownice naukowe, jak i panie pracujące w administracji – o ich doświadczenia. I w wywiadach, i badaniach ankietowych wyszło, że według wszystkich najgorzej w czasie pandemii mieli rodzice – to oni musieli przejąć funkcje opiekuńcze i edukacyjne szkół, a do tego musieli pracować. Najwięcej jednak spraw związanych z opieką nad dziećmi spadło na kobiety i to niezależnie jak wysoko wykształcone. I co ciekawe – badanie ujawniło też moc patriarchatu w takich najmniejszych szczegółach. Jeżeli w domu było biurko, to pracował przy nim mężczyzna, a kobieta… miała miejsce w kuchni. Singielkom w czasie pandemii szybko udało się, dzięki internetowi, nawiązać relacje, budować grupy wsparcia, odbywać spotkania online, bo miały na to więcej czasu. I to też potwierdziły badania. Dodam, że obydwie grupy – i singielki, i rodzice – w ankietach wskazywały, że to ci drudzy mieli najtrudniej w czasie izolacji. Mimo wszystko nie przemawia do mnie licytacja, kto ma gorzej. Tym bardziej w kontekście wojny, bo przecież jest to wydarzenie traumatyczne dla każdego i denerwuje mnie, że często pomija się w tym wszystkim mężczyzn, którzy przecież wcale nie dostają nagle magicznych mocy. Też się boją, martwią, stresują, cierpią… Jak najbardziej – też tak uważam. Od wielu lat działam w obszarze pracy na rzecz osób z doświadczeniem migracyjnym i zanim rozpoczęła się wojna, to pracowałam przy granicy polsko-białoruskiej. Intensywnie działaliśmy, żeby pokazać, że nieważne, czy to jest młody, silny mężczyzna, czy małe dziecko – w lesie każdy z nich potrzebuje tego samego. Wiek nie ma tutaj znaczenia. Oczywiście dziecko będzie mniej sprawcze w przeżyciu niż dorosły, bo nie jest sobie w stanie poradzić na podstawowym poziomie – mówimy tutaj o takich małych dzieciach, które są zależne od opiekunów. Jednak na poziomie wartości to wojna i prześladowanie, stan zagrożenia życia są traumatyczne dla każdego. Każdy jest głodny, każdy się boi wybuchu bomb, każdy się martwi o życie swoje i najbliższych. Niektórzy mają kompetencje czy doświadczenia, które pozwalają im przez to łatwiej przejść, ale jest to dość rzadkie. Jeśli chodzi o migracje uchodźcze, w sytuacji, gdy trzeba uciekać ze swojego kraju, to badania wskazują, że dzieci dużo szybciej się integrują niż dorośli. Więc teraz można powiedzieć, że o ile dziecku trudniej sobie poradzić z samym doświadczeniem, na przykład wojny, bo nie ma kompetencji poznawczych i emocjonalnych, to aklimatyzowanie się w nowym kraju przychodzi mu łatwiej niż osobie dorosłej. Byłam ostatnio na spektaklu „Odpowiedzialność” w Teatrze Powszechnym w Warszawie i tam również zestawiono sytuację na granicy z Białorusią i na granicy z Ukrainą. Padło tam mocne pytanie – jak to jest, że słyszymy płacz dziecka z Mariupola, a nie słyszymy płaczu dziecka z Aleppo? To jest bardzo proste. Dziecko z Aleppo ma inny kolor skóry. Moja koleżanka, która pracowała na granicy polsko-ukraińskiej i polsko-białoruskiej, długo nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że na granicy polsko-ukraińskiej funkcjonariusz policji zadowolony i cały w skowronkach rozdaje dzieciom ciasteczka i czekoladki, a na granicy polsko-białoruskiej dokładnie takie samo dziecko, tylko o trochę ciemniejszym kolorze skóry, bez mrugnięcia okiem wypycha do lasu. To się dzieje. Sytuacje na tych dwóch granicach bardzo pokazały, że my w Polsce jesteśmy rasistami. Wychodzi na to, że w tym pomaganiu moglibyśmy przeglądać się jak w lustrze… W ostatnich miesiącach ujawniło się dużo naszych pozytywnych cech narodowych, ale i niestety dużo negatywnych. Dużą rolę odegrała w tym polityka: państwo straszyło nas, że pomaganie ludziom na granicy polsko-białoruskiej jest nielegalne. Nie jest prawdą, że za podanie komuś butelki z wodą można pójść do więzienia. Ostatnio studentka Uniwersytetu Warszawskiego została zatrzymana na 72 godziny, potem chciano ją wsadzić do aresztu tylko za to, że czekała w samochodzie na grupę, która wracała z interwencji. Teraz dziewczyna ma sprawę i grozi jej 8 lat za przemyt ludzi. Nie dziwię się, że takie historie zatrzymały Polaków w pomaganiu uchodźcom na granicy polsko-białoruskiej. Gloryfikowano natomiast wszystkie osoby, które działały na granicy polsko-ukraińskiej. Dlaczego? Bo rząd by sobie nie poradził bez tej pomocy. Bez Polek i Polaków, którzy się zmobilizowali, mielibyśmy do czynienia z ogromną katastrofą humanitarną. Wrócę jednak jeszcze do rasizmu, ponieważ on ujawnił się też na granicy polsko-ukraińskiej. Bezpośrednio uczestniczyłam w sytuacji, gdy oczekiwaliśmy na Dworcu Zachodnim na pociąg ze Lwowa. Były to pierwsze dni wojny. Z wagonów wysiadła grupa studentów z krajów afrykańskich. Potrzebowali miejsca przez kilka, kilkanaście dni, żeby się skontaktować ze swoimi ambasadami, ponieważ w Ukrainie tych ambasad nie ma. Pociąg przyjechał o 2 w nocy. Jak zaczęli wysiadać z niego ludzie, to na własne oczy widziałam, jak kilkanaście osób, jak zobaczyło, że ma przyjąć do domu kogoś o ciemnym kolorze skóry, to się odwróciło na pięcie i poszli powiedzieć, że ich nie wezmą. Łatwiej nam przyjąć kobietę podobną do nas, najlepiej jeszcze z małym dzieckiem, niż afrykańskiego studenta. Mimo że ten student pomieszkałby kilka dni i wyjechał. I też patrząc na ekonomiczne względy – byłby mniejszym obciążeniem, bo potrzebuje mniej wsparcia. Nie ma tutaj logicznego wytłumaczenia. Takie nagłe pomaganie często ma niewiele wspólnego z logiką. Kilka dni po wybuchu wojny pod granicą zaczęły rosnąć sterty śmieci, ludzie „obdarowywali” uchodźców niepotrzebnymi ciuchami z dna szafy, a środowiska pomocowe zaczęły załamywać ręce. Pomaganie wcale nie jest prostą sprawą. Ludzie, którzy zajmują się tym od lat, tym bardziej mam na myśli wspieranie grup mniejszościowych, mówią, że żeby dobrze pomagać, to trzeba być specjalistą i że naprawdę nie warto się za to brać, gdy nie ma się tego dobrze przemyślanego. Wracamy do pytania, dlaczego pomagamy… Tak, bo bardzo dużo osób rzuciło się do pomagania, ponieważ wydarzyło się coś bardzo złego, nad czym nie mieliśmy kontroli. Więc tok myślenia jest taki: jeżeli zacznę jakoś działać, coś robić, stanę na tym dworcu albo będę rozdawać zupę, przyjmę kogoś do domu, oddam wór ubrań i zrobię przelew, to odzyskam sprawczość – tak nam się wydaje, bo przecież nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny w Ukrainie. To właśnie złudne poczucie kontroli sprawiło, że ludzie zaczęli pomagać kompulsywnie. Znam przypadki, gdy ktoś rzucił pracę, żeby cały swój czas poświęcić na pomaganie uchodźcom z Ukrainy. Dlatego trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego ja pomagam? Czy robię to, żeby sobie coś załatwić, czy w centrum tego pomagania jest ta osoba, której pomagam? Pomagam komuś czy może sobie? Właśnie w tym rzecz. Dlatego w grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie. Coraz częściej się pojawia i będzie się niestety pojawiać przekaz, że Ukraińcy są niewdzięczni, że coś im się nie podoba, że się oburzają, gdy dostają stare ubrania. Przecież my im daliśmy i powinni być tacy wdzięczni. Dlatego to, co zrobił rząd – danie 40 zł polskim rodzinom, które przyjęły osoby uchodźcze, było po prostu karygodnym błędem. Skrytykowały to niemal wszystkie organizacje pozarządowe pracujące w obszarze migracji. Te pieniądze trzeba było dać uchodźcom i uchodźczyniom – to oni mogliby się ewentualnie umawiać, że będą płacić tym rodzinom, u których mieszkają. To nie tylko odebrało sprawczość i uzależniło przyjezdnych od gospodarzy, ale sprzyjało też patologiom. Skala nie była bardzo duża, ale dochodziło do czegoś, co można nazwać handlem ludźmi. Niestety też spotkałam się z tym żądaniem wdzięczności od uchodźców. I to w przypadku dzieci – że to właśnie najmłodsi z Ukrainy są niewdzięczni. Było takie założenie, że dzieci ukraińskie powinny być dozgonnie wdzięczne, bo dostały wyprawki do szkoły i w ogóle zostały przyjęte do szkół. A potem ujawniła się złość tych dzieci, nazywa się je niegrzecznymi. Ktoś się dziwi? Im się zmieniło całe życie, musiały zostawić swoich przyjaciół, wyjechać do innego kraju, rzucić wszystko, pożegnać się z tatą, wujkiem, dziadkiem. A my każemy im cieszyć się z plecaczka? Przecież to jest absurd! Jak można w ogóle tego wymagać? Mam wrażenie, że w niektórych Polakach narosło poczucie niesprawiedliwości. W ostatnich dniach kilka razy usłyszałam hasło: my nie mamy, a im rozdajemy, oni dostają wszystko, a zwykły Polak ledwo wiąże koniec z końcem. Przy takich dużych kryzysach humanitarnych jest kilka faz i muszę powiedzieć, że jako Polska naprawdę przeszliśmy je w pozytywny sposób. Pierwsza faza to jest oczywiście faza szoku, ale zaraz potem zaczyna się tak zwany miesiąc miodowy, euforia. Działamy, pomagamy, organizujemy się, coś robimy i to szybko zaspokaja te pierwsze potrzeby, więc niemal od razu widzimy efekty naszych działań. Przyjeżdża mama z dzieckiem i nie ma wózka? Załatwiamy w kilka godzin. To euforia, że jesteśmy sprawczy, ale im dłużej taki kryzys trwa, tym pojawia się więcej wyzwań, na które już nie ma takiej łatwej i szybkiej odpowiedzi. Pojawiają się problemy z integracją, wątpliwości, bo ludzie z Ukrainy mieli przecież tylko na chwilę przyjechać, a oni już 5. miesiąc tutaj są i nie wiadomo, kiedy wyjadą, żłobki i przedszkola są przepełnione, a jeszcze na tych ludzi idą takie pieniądze… Pojawiają się frustracja i zmęczenie. Nie bez znaczenia jest też kontekst relacji polsko-ukraińskich. Do 24 lutego Ukraińcy byli jedną z bardziej dyskryminowanych grup migranckich. Zaszłości historyczne były podgrzewane po obu stronach, a i Ukraińcy, kształtując swoją nową tożsamość narodową, oprócz kreowania wroga w Rosjanach, podkreślali, że Polacy też nie zawsze byli tacy super, przypominali: „my byliśmy przez wieki chłopami, a oni panami”. A w Polsce wiadomo: Wołyń. Teraz dodatkowo te nastroje podkręcają rosyjskie trolle. Przed wojną nasze wyobrażenie o Ukraińcach lokowało się w panach z budowy, paniach sprzątających czy pracownicach seksualnych – były to takie najmocniejsze obszary stereotypów. A wojna wykreowała nam wspólnego wroga, stereotypy na chwilę schowały się za mgłą. Ale właśnie – tylko schowały. W grupach, które zajmują się tym profesjonalnie, unikamy słowa „pomaganie”. Zastępujemy je słowem „wspieranie”, bo to pokazuje, że w centrum ma być ta osoba, która doświadcza od nas tego wsparcia, ale to ona decyduje, czego chce i potrzebuje, a czego nie Tych wszystkich kontekstów raczej nie wyłapie ktoś bez specjalistycznej wiedzy. Pracując z osobami z doświadczeniem migracyjnym, bardzo zwracamy uwagę na ich stan psychiczny, bo oni też są trochę w pułapce. Naprawdę uchodźcy uważają, że powinni być wdzięczni i się nie dziwią, że Polacy tego oczekują. I nie mówię tylko o osobach z Ukrainy, tylko o wszystkich, którzy są u nas dłużej, więc wiedzą, że Polacy oczekują tej wdzięczności. Ale ci ludzie mają też oczy i uszy. Wiedzą o stereotypach i doświadczają tego, co w Polsce nie działa. Jednak przez oczekiwanie tej wdzięczności wolą nie mówić, co im nie pasuje. Boją się hejtu i posądzenia o to, że nie doceniają tego, co dostają. A zapewniam, że dużo rzeczy w obszarze związanym z integracją czy polityką migracyjną w Polsce nie działa. Wspomniała pani o trollach. Mam wrażenie, że coraz więcej Polaków ulega tej nakręcanej w sieci narracji antyukraińskiej. To się dzieje i będzie się działo. Obecna sytuacja ekonomiczna w Polsce jeszcze to ułatwia. Już się mówi, że „to przez Ukraińców, u nich jest wojna, a u nas wszystko drożeje – prąd, gaz, benzyna” i że „przecież mogliby oddać Putinowi ten kawałek ziemi, wszyscy mielibyśmy spokój, a oni dalej się o to tłuką”. Jest szansa, że w obliczu takich wyzwań uda nam się podtrzymać dobre relacje z Ukrainą i pomóc w asymilacji tych, którzy postanowią zostać w Polsce? W szkołach na pewno czeka nas wielkie pole bitwy. Za kilka tygodni dowiemy się, czy uda się osoby z Ukrainy zintegrować, czy dojdzie do ogromnej dyskryminacji. Niestety obawiam się, że to się nie uda. Po pierwsze dlatego, że nauczyciele zostawiali pozostawieni sami sobie. Na poziomie rządowym nie zrobiono praktycznie nic, wszystko zostało zrzucone na samorządy. A praca w środowisku wielokulturowym jest naprawdę bardzo trudna. I zaczyna się od samego siebie, trzeba z każdej strony obejrzeć drzemiące w nas stereotypy, dowiedzieć się, jak reagujemy na pewne sytuacje, żeby też zacząć zauważać swoje zachowania. A my mamy wkurzone, zagubione dzieci i nauczycieli, którzy nie dostali żadnej pomocy. Za chwilę przyjdzie im pracować z ofiarami traum, które wcale nie garną się do integrowania, mają stany lękowe, depresję, zespół stresu pourazowego. Rokowania nie są dobre. Jak zatem pomagać, żeby nie szkodzić? Jeżeli chce się pomagać, to na początek należy zadać sobie dwa pytania. Najpierw: po co ja chcę to robić? A potem: czy jestem gotowy, żeby rzeczywiście wysłuchać potrzeb drugiej osoby i nie oczekiwać wdzięczności? Wspieranie to gotowość do wysłuchania też tych rzeczy, które wcale mi się nie spodobają. I dodam jeszcze, że pora wyłączyć hierarchizowanie cierpienia i określanie go swoją miarą. Każdy człowiek zasługuje na wsparcie i pomoc. Marta Pietrusińska – doktor nauk społecznych w dziedzinie pedagogiki, socjolożka specjalizująca się w wielokulturowości/międzykulturowości oraz edukacji obywatelskiej. Zajmuje się przede wszystkim zagadnienia związanymi z europejskim islamem w kontekście obywatelskości muzułmanów, migracji, integracji uchodźców i imigrantów na poziomie lokalnym. Od 2008 roku współpracuje z organizacjami pozarządowymi działającymi na rzecz integracji migrantów w Polsce oraz podnoszenia jakości edukacji obywatelskiej (Fundacja Civis Polonus, SINTAR, Fundacja dla Wolności, CIM). Obecnie pracuje, uczy i prowadzi badania na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka książki „Czy muzułmanin może być dobrym obywatelem? Postawy obywatelskie młodych muzułmanów z Polski, Turcji i Wielkiej Brytanii”. Zobacz także Pomoc dla UkrainyTo otwarta grupa na Facebooku, do której z chęcią niesienia pomocy zgłasza się wielu Polaków. Tam właśnie tam umieszczane są wpisy mówiące o tym, że ktoś ma do użyczenia mieszkanie, pokój, miejsce do spania w różnych częściach Polski. Oferty pomocy bardzo szybko spotykają się z odzewem. Chcesz pomóc, zajrzyj na Pomoc dla Ukrainy. Gdzie szukać schronienia? Lista możliwych noclegów dla UkraińcówRodziny bez granicTo kolejna grupa na Facebooku, zamknięta, która zawiązała się w momencie kryzysu migracyjnego na granicy polsko-białoruskiej. Teraz członkowie grupy Rodziny bez granic spieszą z pomocą Ukraińcom. Jeśli masz do zaoferowania lokum dla uchodźców, odezwij się do administratorów grupy. Ukraiński Dom w WarszawiePrzeczytaj także: Centrum Medyczne Damiana oferuje pomoc medyczną i psychologiczną dla osób z UkrainyUkraińskim Dom w Warszawie organizuje pomoc dla uchodźców. Na stronie organizacji można znaleźć formularz, który służy do zebrania informacji od wolontariuszy, ludzi dobrej woli, którzy chcą wesprzeć Ukraińców w obliczu wojny. Na obecnym etapie zbierane są informacje o rodzajach pomocy. Z pewnością można się do nich zgłosić z ofertą noclegu dla Ukraińców. Fundacja ESPAFundacja zamieściła na swoim fanpage’u na Facebooku ogłoszenie: “Zostaliśmy poproszeni o zorganizowanie pomocy dla 18 rodzin zastępczych z terenów Ukrainy, blisko 140 osób. Rodziny te chcą przyjechać do Polski w obawie o wybuch wojny na Ukrainie. Poszukujemy osób, zaprzyjaźnionych organizacji, które mogłyby wesprzeć nasze działania. Na tę chwilę poszukujemy: miejsca schronienia, mieszkania lub domu, internatu, może być choćby dla jednej rodziny (od 6 do 14 osób w rodzinie).Towarzystwa Przyjaciół UkrainyTowarzystwo także szuka miejsce noclegowych dla Ukraińców, prowadzi zorganizowaną pomoc. — Koordynujemy akcje pomocowe i interweniujemy, kiedy ktoś się do nas zgłasza. Mamy grupę ludzi, która szczególnie teraz jest zaangażowana w pomoc Ukrainie. Do Polski jadą rodziny z dziećmi. Na ten moment zgłosiło się do nas ponad 40 osób, które szukają tutaj schronienia i mamy prawie tyle samo Polaków, którzy chcą ich przyjąć. Ludzie z różnych miejsc w Polsce oferują schronienie u siebie, są w gotowości. Na razie jeszcze nikt do nas nie dojechał, bo na granicy są straszne korki, ale czekamy na nich — mówiła w Dzień Dobry TVN prezeska Towarzystwa Weronika gastronomia solidarna z Ukrainą. Dochód z tłustego czwartku na wsparcieUkraińska to aplikacja, w której każdy, kto może i chce udzielić schronienia tym, którzy zostawili swoje domy, albo je stracili. Wśród ogłoszeń można wybrać, czy dana osoba szuka dachu nad głową w Ukrainie, czy w innym miejscu. Podobnie z ofertą mieszkań, tu także aplikacja pozwala na umieszczenie lokali w Ukrainie i w Polsce. Każdy, kto szuka pomocy i każdy, kto chce jej udzielić, może skorzystać ze strony utworzenia: 27 lutego 2022, 09:33Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.

jak znaleźć rodzinę na ukrainie