“Prawaki nie znają się na kulturze, więc zapraszam na kącik literacki z panią Joanną z Krakowa. Czytajcie głosem @donaldtusk. Może jako wstęp na #MarszMilionaSerc? Jak znalazł! Krótka, dynamiczna forma o przemijalności życia ludzkiego.” Zawsze się śmieje, kiedy to przypomina, ponieważ przypomina mu to, że młode umysły nie znają granic. Jak zaczęła się jego podróż: Po studiach finansów w szkole w domu Abdullah został inspektorem podatkowym, co było naturalne dla kogoś z jego wykształceniem. Kontynuował tę drogę przez kilka lat, zajmując kilka stanowisk jako 229 views, 6 likes, 0 loves, 0 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from W Ślizgu: Już dzisiaj, doskonale znany naszym czytelnikom - Victor Borsuk - Manuela nie powstrzymała łez. Razem z Piotrem "Gulczasem" Gulczyńskim oglądała archiwalne materiały z pierwszej edycji "Big Brothera". Wspominali tragicznie zmarłego przyjaciela. . Robert Więckiewicz w końcu odnalazł sens w małżeństwieRobert Więckiewicz, choć od lat jest w związku małżeńskim, nie zawsze był wzorowym mężem. Nie ukrywał, że z żoną Natalią przechodzili poważny kryzys. Gdy kilka lat temu paparazzi przyłapali go na czułościach z inną kobietą, wydawało się, że to koniec związku. Żona wybaczyła jednak aktorowi i wszystko wskazuje na to, że ich małżeństwo ma się świetnie. Co reżyser „Testosteronu” i „Lejdis” myśli dziś o rozśmieszaniu ludzi i Netflixie? W dłuższym wywiadzie nie brakuje też wątków osobistych. – Mam świadomość, że chwilami jestem arogancki, ale to nie jest całość historii o mnie – mówi Andrzej Saramonowicz. Andrzej Saramonowicz potrafił rozśmieszyć miliony Polaków. Od wielu lat nie zrobił filmu, ale na temat dzisiejszych polskich komedii ma wyrobione zdanie. – Jeśli robisz komedię popularną, to konstruujesz ją jak tort składający się z kilku warstw. Na poziomie podstawowym to ma być smak dla wszystkich, ale są też wisienki smakujące tylko nielicznym. Chodzi o to, żeby umieć tych warstw nałożyć kilka. Dzisiaj problemem niektórych filmów komercyjnych w Polsce jest to, że mają tylko warstwę podstawową – stwierdził Andrzej Saramonowicz w obszernym wywiadzie w programie internetowym „Z tymi co się znają”. Czy gdyby dziś nakręcił komedię według własnej recepty na sukces, czego nie wyklucza, znowu rozbiłby bank, jak w przypadku „Testosteronu” i „Lejdis”? – Polskie społeczeństwo przez te kilkanaście lat bardzo się zmieniło, powstaje więc oczywiście pytanie, czy to by się sprawdziło – zastanawia się Andrzej Saramonowicz. A jak ocenia Patryka Vegę, którego filmy trafiają dziś do gustów milionowej widowni i który zastąpił Saramonowicza w roli króla polskiej komedii? – On znalazł wytrych, a ja miałem klucz do serc odbiorców – odpowiada twórca. Dlaczego ciągle te same twarze? Gdy w 2003 roku Andrzej Saramonowicz wprowadzał Roberta Więckiewicza i Tomasza Karolaka w filmie „Ciało”, praktycznie nikt tych aktorów nie znał. Dziś gwarancją kinowego sukcesu wydaje się być rozpoznawalna obsada. Co się zmieniło w kinie? Dlaczego twórcy i producenci jak ognia unikają ryzyka i nie szukają młodych talentów? – Dzisiaj namówić widza, żeby zobaczył coś na dużym ekranie, jest nieporównywalnie trudniej niż kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, kiedy kino było jedynym miejscem, gdzie można było obejrzeć film w dobrej jakości. Dlatego kino stało się zachowawcze. Np. w Hollywood decydują się często na czwartą, piątą czy szóstą część albo remake czegoś, co jest sprawdzone – wyjaśnia Andrzej Saramonowicz. Dodaje, że na więcej ryzyka mogą sobie dziś pozwolić telewizje albo tacy producenci jak Netflix. – To ryzyko często na poziomie pilota, ale jak się już uda złapać emocjonalnie widza, to można go wieźć przez wiele sezonów. Wtedy można ryzykować z nowymi twarzami. Polskie kino i polska telewizja są o wiele kroków do tyłu, w stosunku do tych mechanizmów, które opisuję, ale próbują zachowywać się podobnie – mówi Andrzej Saramonowicz. Jest dwóch Andrzejów W wywiadzie pojawia się też kilka wątków osobistych. Andrzej Saramonowicz opowiada o tym, że stale ma w sobie niepokój twórczy. – Jeżeli osiągnę jakiś etap, to on przestaje mieć dla mnie znaczenie. Mnie buduje dochodzenie do czegoś. Cały czas czuję nienasycenie, że czegoś nie potrafię – mówi. To jest jeden z powodów, dla których na razie nie ciągnie go z powrotem do komercyjnego kina, a realizuje się raczej w literaturze. Intrygujący jest motyw swego rodzaju podwójnego życia, jakie prowadzi Andrzej Saramonowicz. Twórca przyznaje wprost, że ma dwa oblicza, z których znamy tylko jedno, a drugie jest schowane za podwójną gardą. Kim są te dwie postaci? – Jedna to Andrzej Saramonowicz prywatny, którego ja bardzo chronię, a druga to Andrzej Saramonowicz publiczny, który jest rolą. Ludzie, kiedy to słyszą, mówią: dlaczego kłamię. Ja nie kłamię, wymyśliłem sobie pewien wizerunek publiczny, dlatego że pracując wiele lat w mediach zrozumiałem, że jeżeli ja tego nie zrobię, media zrobią to za mnie i nie będę miał nad tym kontroli. Sam mogę dorobić sobie gębę i narzucić ją innym – zaznacza. W wywiadzie, w programie „Z tymi co się znają”, Andrzej Saramonowicz odsłania swój wizerunek publiczny, ale nie brakuje tam pikantnych tematów. Twórca opowiada o tym, jak to się stało, że Robert Więckiewicz odmówił zagrania głównej roli w „Testosteronie”, a także dlaczego obecny wzorzec mężczyzny męczy zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Program „Z tymi co się znają” można oglądać na kanale Browar Namysłów TV 1/6 Copyright @ONS 1/6 Robert Więckiewicz nie ma urody amanta, ale to dzięki temu jego aktorstwo jest w pełni widoczne i doceniane. Swoimi filmami udowadnia, że wygląd nie jest najważniejszy, by grać wielkie role. Dzisiaj kończy 49 lat, a my przypominamy, co o swojej młodości, wyglądzie i powodzeniu u kobiet mówił VIVIE! – Twoi koledzy ze studiów są zgodni co do tego, że korzystałeś z życia... Robert Więckiewicz: No tak, rozumiem, że opowiedzieli ci o moim życiu hulaki i birbanta... A co mieli powiedzieć? Tak było. – Mówili coś jeszcze. Podobno roztaczałeś taki urok, że kobiety kochały się w Tobie do nieprzytomności... Robert Więckiewicz: To już może lekka przesada... Ale coś w tym jest, choć ja sam nieraz się dziwiłem, jak mi się to udaje. Przecież nie jestem klasycznym przystojniaczkiem. Nie bez powodu zwykle grywam zbirów. Myślę, że to był syndrom „pięknej i bestii”. No bo dlaczego piękne kobiety ulegają brzydkim facetom? – Dlaczego? Robert Więckiewicz: Może silny, brzydki facet to jest jakaś konkretna propozycja? Trzeba się jakoś do tego odnieść, nie można przejść ot tak, obok. Takiego faceta nie traktuje się jak chipsa do schrupania, tylko raczej jako wyzwanie... – Jedna z Twoich koleżanek ze studiów powiedziała mi tak: „No to co, że nie był klasycznie przystojny? Kochana, zamknij oczy i posłuchaj tej boskiej pociągającej nonszalancji w jego głosie...” Robert Więckiewicz: Cha, cha! Głos mam taki w wyniku wcześniej przebytej mutacji, a także na skutek wielu gryp i spożywania pewnych napojów w konkretnych ilościach. Polecamy: "Są gwiazdy i genialni aktorzy. On należy do tych drugich". Kariera Roberta Więckiewicza 2/6 Copyright @ONS 2/6 – Czy prawdą jest, że Twoje życie dzieli się na dwa etapy – sprzed poznania żony i po?Robert Więckiewicz: Trudno w wieku czterdziestu lat zachowywać się tak, jakby się miało dwadzieścia. Oczywiście dokonała się we mnie pewna zmiana. Nasze spotkanie zeszło się w czasie z moim dojrzewaniem. To było siedem lat temu, ja byłem już po trzydziestce i uznałem, że wystarczy tego lekkiego i hulaszczego życia, że chciałbym poznać coś innego. Przyszedł po prostu właściwy moment. Moment wyhamowania. Wcześniej nie byłem na to gotowy. – Albo niewłaściwe kobiety spotykałeś. Robert Więckiewicz: Być może. A ona była właściwą kobietą we właściwym czasie. – Ale jeden z Twoich kolegów powiedział mi tak: „Więcol niby taki spokojniejszy ostatnio, ustatkował się, ale w piecu jeszcze nie wygasił”. Robert Więckiewicz: Nie wiem, co miał na myśli. Może to, że ciągle pielęgnuję „błysk w oku”. – Tak? A można wiedzieć, jak się pielęgnuje błysk w oku? Robert Więckiewicz: Tajemnica (śmiech). Porozmawiajmy może jednak o moim życiu zawodowym. Polecam: Robert Więckiewicz: "rozpustny, rodzinny, przyjaciel"? Czy pierwszy twardziel polskiego kina? 3/6 Copyright @ONS 3/6 – Po szkole od razu wyjechałeś do teatru w Poznaniu. Podobno byłeś gwiazdą...Robert Więckiewicz: Gwiazdą? To była po prostu praca. Zresztą świetna, wiele się wtedy nauczyłem. Byłem w Poznaniu pięć lat. Ale z każdym kolejnym sezonem czułem, że jestem odcięty od tego, o czym tak naprawdę marzę – od filmów. – Zawodowo chyba czułeś się spełniony. Teatr to dla aktora artystyczny raj... Robert Więckiewicz: Ale jeszcze trzeba z czegoś żyć. Zmęczenie zeszło się z faktem, że dyrektor teatru postanowił mnie wyrzucić. Pomógł mi więc podjąć decyzję, by przenieść się do stolicy. – W stolicy ktoś na Ciebie czekał? Robert Więckiewicz: Tu raczej nikt na nikogo nie czeka. Byłem panem Nikt. Znałem kilka osób, niezbyt blisko. Na szczęście reżyser Paweł Łysak, z którym pracowałem jeszcze w Poznaniu, przywitał mnie słowami: „Robercik, będzie dobrze, coś wymyślimy”. No i niedługo potem zagrałem jedną z głównych ról w przedstawieniu „Shopping and Fucking” Marka Ravenhilla w reżyserii Łysaka. – To było głośne przedstawienie... Robert Więckiewicz: I kilka ważnych osób przyszło je obejrzeć. Rezonans w mediach był duży, choć raczej negatywny (śmiech). To był dopiero początek brutalnego neorealizmu w teatrze... – Tak, a Ty, całkowicie wbrew warunkom, zagrałeś agresywnego geja... Robert Więckiewicz: No właśnie, i wcale nie z mafii (śmiech). Rola w tym przedstawieniu zaowocowała propozycją pracy w teatrze Rozmaitości. A tam z kolei wypatrzyli mnie Andrzej Saramonowicz z Tomkiem Koneckim. Zagrałem u nich w „Pół serio”, a potem w „Ciele”. I to był prawdziwy początek mojej przygody z kinem. Polecamy: "Są gwiazdy i genialni aktorzy. On należy do tych drugich". Kariera Roberta Więckiewicza 4/6 Copyright @ONS 4/6 – Na którym etapie pojawił się Juliusz Machulski?Robert Więckiewicz: Juliusz Machulski zobaczył mnie w „Pół serio” i dał mi małą rolę w filmie „Pieniądze to nie wszystko”. Potem przyglądał mi się przez parę lat. Zanim obsadził mnie w głównej roli w „Vinci”, zagrałem u niego epizody w „Superprodukcji” i w Teatrze Telewizji „19. południk”. – Mówisz: „Przyglądał mi się przez parę lat...” W czasie powoli płynących lat można chyba sfrustrować się w tym zawodzie... Robert Więckiewicz: Ale ja nie czekałem na gwiazdkę z nieba. Gdybym czekał, zwariowałbym. Nie siedziałem i nie zaklinałem losu, po prostu żyłem i starałem się pracować. Nie krzyczałem: „Dajcie mi szansę!” Trzeba przyznać, że miałem dużo szczęścia. I nawet czasem myślę, że wcale nie zasługuję na to, co się dzieje w moim życiu. Że powinienem się jeszcze wiele nauczyć. – Chcesz powiedzieć, że znasz słowo „pokora”? Robert Więckiewicz: Pokora jest niezbędna w tym zawodzie. Oczywiście podnoszę sobie poprzeczkę, mając nadzieję, że za każdym razem o ten centymetr wyżej skoczę. Ale mam też świadomość, że mogę ją kiedyś strącić i trzeba będzie skakać od nowa. Na szczęście mam też przestrzeń całkowicie niezwiązaną z pracą, czyli normalne życie. Polecamy: „Czuję się rakiem na bezrybiu”. Mistrz komedii Juliusz Machulski kończy 61 lat. Który jego film lubicie najbardziej? 5/6 Copyright @ONS 5/6 – A przestrzeń pod tytułem przyjaźń? Zapytałam o Ciebie Borysa Szyca. Określił Cię trzema słowami: „rodzinny, rozpustny, przyjaciel”.Robert Więckiewicz: No to przynajmniej to „rozpustny” mamy już omówione (śmiech). Rodzinny jestem, prawda. Uwielbiam spędzać czas z rodziną. A przyjaźń... Całe życie przenosiłem się z miejsca na miejsce. Z rodzinnej Nowej Rudy wyjechałem do szkoły do Legnicy, potem studiowałem we Wrocławiu, pracowałem w Poznaniu... Wszędzie tam zawierałem przyjaźnie, niektóre z nich przetrwały. Od ośmiu lat jestem w Warszawie. Jest grono osób, z którymi się spotykam, między innymi z Borysem. – Dbasz o te przyjaźnie? Dzwonisz? Umawiasz się? Robert Więckiewicz: Tak, choć nie zawsze czas na to pozwala. Z Borysem mieliśmy łatwiej, bo przez pół roku chodziliśmy razem na siłownię, przygotowując się do zdjęć w filmie o jednostce specjalnej GROM. Od tamtej pory rozmawiamy o wszystkim. To zabawne, widzę w nim siebie z czasów, kiedy miałem 27 lat. Choć może trudno w to uwierzyć, Borys jest jednak bardziej ułożony niż ja wtedy. Polecamy: "Są gwiazdy i genialni aktorzy. On należy do tych drugich". Kariera Roberta Więckiewicza 6/6 Copyright @ONS 6/6 – Zanim zacząłeś wieść owo „intensywne” życie, byłeś chłopcem z górniczej rodziny... Bez tradycji aktorskich. Skąd się wzięło u Ciebie to aktorstwo?Robert Więckiewicz: Zawsze ciągnęło mnie do wielkiego świata (śmiech). Ważne jest to, że moi rodzice wierzyli we mnie i jakoś niezwykle spokojnie przyjęli mój pomysł zdawania do szkoły teatralnej. Zawsze mieliśmy partnerskie relacje. Nie wychowywałem się w patriarchalnym domu, gdzie ojciec siedział gdzieś na wysokościach, a ja powinienem go zabić, żeby udowodnić, że jestem mężczyzną. Rodzice zawsze stali za mną murem i dawali poczucie wartości. – To widać... Jesteś ilustracją tezy, że jak się pozwoli dziecku uwierzyć, że da sobie radę ze wszystkim, to tak będzie. Robert Więckiewicz: Zastanawiałem się, skąd we mnie to przekonanie, że wszystko się uda. Tu inspiracją mógł być mój stryj, który jako pierwszy z rodziny wypłynął na szersze wody. Studiował w Warszawie dziennikarstwo. Będąc dzieckiem, byłem w niego totalnie wpatrzony. Pokazał mi, że krok z Nowej Rudy do Warszawy nie jest aż tak duży, że można go zrobić, skoro jemu się to udało. – Przekazywał Ci życiowe mądrości? Robert Więckiewicz: Raczej służył przykładem. Ale pamiętam, jak mówił, że trzeba nad sobą przez całe życie pracować. Że to naprawdę przynosi efekty. I że zawsze warto próbować czegoś więcej, niż wydaje się, że można. Trzeba podejmować wyzwania. Jeśli zwykle chodzi się główną ulicą, to warto czasem wejść w boczną i zobaczyć, co tam jest, nie bać się tego... Najwyżej dostanie się w łeb. – Wchodziłeś w życiu w te boczne uliczki? Robert Więckiewicz: Tak. Byłem ciekaw, co tam jest i jak ja na to zareaguję. Można się wtedy wiele o sobie dowiedzieć. – Opowiadasz synowi o tych bocznych uliczkach? Robert Więckiewicz: Mój syn ma dopiero cztery i pół roku i na razie go rozpieszczam. Ma czas na „boczne uliczki”, życiowe prawdy i kształtowanie charakteru. Ale kiedyś z pewnością wytłumaczę mu, co i jak. Rozmawiała: Agnieszka Prokopowicz Polecam: Robert Więckiewicz: "rozpustny, rodzinny, przyjaciel"? Czy pierwszy twardziel polskiego kina? @ Najlepsze Promocje i Wyprzedaże REKLAMA Galeria Wideo Akcje Polecamy Bieżący numer JULIA WIENIAWA o magii sceny, dorastaniu na oczach widzów, manii kontroli i miłości. ADRIANNA BIEDRZYŃSKA i MICHALINA ROBAKIEWICZ – Matka i córka opowiadają, jak gra się im na jednej scenie i nosi... te same ubrania. JERZY SKOLIMOWSKI: Artysta wszechstronny – reżyser, scenarzysta, poeta i malarz, w szczerej rozmowie o życiowej rewolucji. W cyklu Kobiety ikony – co się dzieje z… SOPHIA LOREN, bogini kina, zjawiskowa piękność, która na swoje miejsce na Ziemi wybrała Rzym zamiast Hollywood. W cyklu Podróże – gdzie jeżdżą gwiazdy: Greckie wyspy. Tu odpoczywają JOANNA PRZETAKIEWICZ, ANNA PUŚLECKA i RITA ORA. Sztuka gotowania JOANNY BRODZIK. Magdalena Miśka-Jackowska: Czy podczas pracy na planie można mówić o schematach?Robert Więckiewicz: Raczej nie. Zdarza się, że kręcimy scenę w środku dnia, a czasami kręcimy ją w nocy. I wtedy to wygląda zupełnie inaczej. Jeśli kręcimy nad morzem, to jest inaczej, jeśli w Krakowie, to też jest inaczej. Czy jest zimno, ciepło - wszystko ma znaczenie. Pamiętam, że przy "Domu złym" było tak, że wstawaliśmy o godz. 4 rano, żeby dojechać na plan i rozpocząć zdjęcia od razu, kiedy będzie jasno, bo to była zima i dzień był krótki. Za to kończyliśmy wcześniej. Ten rytm filmowy jest zupełnie inny niż taki rytm w z wieloma znakomitymi ekipami filmowymi. Na planie jest zwykle kilkadziesiąt osób. Czyja praca zawsze Cię fascynowała?Kierownik planu i II reżyser to bardzo ważne funkcje. Bez nich film właściwie nie ma szans. To są ludzie, którzy rzeczywiście pracują całą dobę i bez nich wszystko się rozsypuje. Mówię tu o takich różnych drobnych działaniach: trzeba zawołać aktora na plan, trzeba ustawić coś tutaj, przypilnować, powiedzieć "cisza". Na planie zawsze jest chaos - tysiące kabli, rurek, lampek, mnóstwo rzeczy, które trzeba zmieniać, pilnować, uzupełniać. Wszystkie piony mają jakieś swoje obowiązki. A tymi osobami koordynującymi i pilnującymi, żeby było wszystko zapięte na ostatni guzik przed momentem "kamera-akcja", są właśnie kierownik planu i drugi jest z nimi blisko?To są ludzie, z którymi dobrze jest mieć dobry kontakt. W trzech ostatnich filmach, w których zagrałem, czyli w "Wałęsie. Człowieku z nadziei", "Ambassadzie" i "Pod mocnym aniołem" to byli fantastyczni fachowcy. Bardzo chciałbym wyróżnić Marka Cydorowicza, pseudonim "Cydor". W środowisku bardzo znana postać, bardzo barwna. On właściwie jest reżyserem, choć pełni rolę II reżysera. To jest człowiek, który skupia w sobie bardzo wiele talentów i nie tylko takich organizacyjnych, porządkowych, ale również jest bardzo kreatywny i często nawet służy pewną radą, sugestią. Nie boi się tego. Znamy się dobrze. Cenię sobie jego podpowiedzi. Odnoszę wrażenie, że on jest nie do zdarcia. Podziwiam go, bo jest na najwyższych obrotach przez całą dobę i właściwie ja nie wiem, kiedy on śpi, kiedy odpoczywa...?Mówisz o takich ludziach - przypadku filmów, które wymieniłem, ale i innych, ci ludzie zawsze są dla nas, aktorów, dużym wsparciem. Przez okres zdjęciowy, kilkadziesiąt dni, jesteśmy bardzo blisko. Czasami z jakimś pytaniem nie idę do reżysera, żeby mu nie zawracać głowy, tylko pytam właśnie II reżysera. A on musi wiedzieć i wie wszystko. To daje duże poczucie bezpieczeństwa, bo wtedy człowiek nie jest taki zagubiony na tym klaps i...?To jest specyficzny moment, bo coś się kończy. Im więcej daliśmy z siebie w danym projekcie, tym trudniej się rozstać. Często jest wzruszenie. Ale i pewna ulga. Pojawia się wtedy nowe uczucie ekscytacji i pytanie, jak to wszystko wyszło? Co zrobiliśmy? Od razu chciałoby się to zobaczyć. Wszyscy sobie w ekipie dziękujemy. Dziewczyny zawsze robią małe prezenciki, czekoladki. Ja tego nigdy nie umiem robić! (śmiech)Rozmawiała Magda Miśka-Jackowska (RMF Classic)

z tymi co się znają więckiewicz